Po dni wędrówki wróciłam przestraszona z
góry. Nie wiem co się stało. Teraz czułam się taka... niechciana, jak
wyrzutek społeczeństwa. Miałam od zielarza kwiat szczeniąt.
-Nie, Riaan, jeszcze nie.- myślałam głośno.
Nagle usłyszałam krzyk. To nie był nikt z watahy, ale zauważyłam Susan spadającą w dół. Jakby dostała skrzydeł z niewiadomego powodu i jej znikły.
-Susan! Nic Ci nie jest?!
-Tak, jest! Spadłam z wysokości choinki i pytasz czy nic mi nie jest? Możliwe, że złamałam sobie... Au!- nie dokończyła zdania. Przy wstawaniu po prostu jeszcze bardziej uszkodziła kręgosłup.
~~~~~~~~~~
Szybko pobiegłyśmy do Luny, ale ona rozmawiała z Jackiem. Stwierdziłam, że to nie może czekać!
-Luna! Susan chyba złamała kręgosłup!- krzyczałam.
-Tak, widzę.- szybko odeszła od Jack'a.- Nie chyba, tylko raczej na pewno coś sobie złamała. Niestety będzie musiała leżeć w domu. Przykro mi...- powoli wstała i wróciła do rozmowy.
Susan po mimo morderczego bólu odeszła do jaskini. Zostałam sama. Poczułam taką pustkę w sercu, jak wtedy... Zaczęłam płakać. Nie pochlipywać, ale płakać. Nie wytrzymałam tego napięcia - jestem tchórzem, Susan może umrzeć i to cholerne poczucie winy. Szybko pobiegłam do domu i spojrzałam w kwiat. Powoli zaczęłam rozsuwać pojedyncze płatki, aż w końcu usłyszałam stłumiony pisk i mały czarny nosek wyjrzał spod moich łap.
Po jeszcze kilku płatkach zobaczyłam szczenię. Cieszyłam się jak nigdy! Tylko jeszcze imię...
-Nazwiemy Cię Kilney, dobrze?- podniosłam małego i pokazałam mu jaskinię.- A ty będziemy mieszkać, kochanie.
Mały nic nie mówił, więc jakikolwiek sprzeciw byłyby dla mnie zaskoczeniem...
C.D.N
-Nie, Riaan, jeszcze nie.- myślałam głośno.
Nagle usłyszałam krzyk. To nie był nikt z watahy, ale zauważyłam Susan spadającą w dół. Jakby dostała skrzydeł z niewiadomego powodu i jej znikły.
-Susan! Nic Ci nie jest?!
-Tak, jest! Spadłam z wysokości choinki i pytasz czy nic mi nie jest? Możliwe, że złamałam sobie... Au!- nie dokończyła zdania. Przy wstawaniu po prostu jeszcze bardziej uszkodziła kręgosłup.
~~~~~~~~~~
Szybko pobiegłyśmy do Luny, ale ona rozmawiała z Jackiem. Stwierdziłam, że to nie może czekać!
-Luna! Susan chyba złamała kręgosłup!- krzyczałam.
-Tak, widzę.- szybko odeszła od Jack'a.- Nie chyba, tylko raczej na pewno coś sobie złamała. Niestety będzie musiała leżeć w domu. Przykro mi...- powoli wstała i wróciła do rozmowy.
Susan po mimo morderczego bólu odeszła do jaskini. Zostałam sama. Poczułam taką pustkę w sercu, jak wtedy... Zaczęłam płakać. Nie pochlipywać, ale płakać. Nie wytrzymałam tego napięcia - jestem tchórzem, Susan może umrzeć i to cholerne poczucie winy. Szybko pobiegłam do domu i spojrzałam w kwiat. Powoli zaczęłam rozsuwać pojedyncze płatki, aż w końcu usłyszałam stłumiony pisk i mały czarny nosek wyjrzał spod moich łap.
Po jeszcze kilku płatkach zobaczyłam szczenię. Cieszyłam się jak nigdy! Tylko jeszcze imię...
-Nazwiemy Cię Kilney, dobrze?- podniosłam małego i pokazałam mu jaskinię.- A ty będziemy mieszkać, kochanie.
Mały nic nie mówił, więc jakikolwiek sprzeciw byłyby dla mnie zaskoczeniem...
C.D.N
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz